niedziela, 30 września 2012

Rozdział 7

Hotel Star; Bellariva; Rimini; Włochy

     Ciszy szloch roznosi się po hotelowym pokoju. Dwa nieuspokojone oddechy odpijają się echem od białych ścian. Ogromny zaduch i dym palonego papierosa utrudniają oddychanie. Ona i on... A gdyby te dwie stojące przy drzwiach walizki, nagle dostały rozumu i przeszkodziły w czynie dokonanym przed momentem, nie było by duszno, nie było by szlochu, nie byłoby papierosa. Niestety, ani bagaże, ani ściany, ani szafa nie są dobrymi świadkami.  

Ona i on, jak dwie gwiazdy na nieboskłonie, szukające drogi do siebie... Wybrały zły zwrot, lecą w złą stronę. On szuka jej, ona biegnie za nim. I on jej nie znajdzie, bo nie odwraca się za siebie, bo nie patrzy na to co robi. Biegnie przed siebie.

     - Dlaczego mi to robisz? - wyszeptała Perrie przez łzy. Chłopak nadal leżał na łóżku paląc papierosa i niezważając na płaczącą w kącie dziewczynę. Zaciągną się po raz kolejny i uśmiechnął pod nosem.
- Myślałem, że tego chcesz. Byłaś taka zaborcza na plaży. - odpowiedział z ironią w głosie. Sięgnął po prześcieradło zrzucone na ziemię, zwinął je w kulkę i rzucił w dziewczynę. Materiał trafił w głowę, ale ona nawet go nie poczuła. - Ubieraj się. Zaraz wyjeżdżamy. - Podniósł się z łóżka i paradując nago po pokoju zaczął zbierać porozrzucane wokół ubrania.
- A jak wrócimy, znów mnie zgwałcisz? - spytała. W odpowiedzi dostała spodniami w głowę.

Pocket Street 6; Londyn
      Eleanor trzasnęła za sobą drzwiami. Zdjęła płaszcz i buty, po czym podążyła do salonu. Zastała tam męża oglądającego telewizję. Wezbrała w nią nieogarniona złość. Ona biega po całym mieście, aby mu pomóc wydostać się z tarapatów, a on najnormalniej w świecie siedzi na tyłku i ogląda telewizję. Podeszła do niego.
- To jest od Liam'a i Danielle. - na kolana Louis'a trafiła pierwsza koperta. - To od moich rodziców. - rzuciła kolejne dwie. Patrzyła ze złością na zdumionego Lou, który oglądał paczki, jak największe skarby.
- A ta? - spytał podnosząc największą.
- Domyśl się. - odparła, odwróciła się i odeszła.
     Został sam w pokoju wpatrując się ze zdumieniem w kilka literek na szarym papierze. Nigdy nie spodziewał się, że jeszcze kiedykolwiek coś od niego dostanie, a na pewno, że będą to pieniądze. Przecież nie rozmawiali ze sobą od roku. Rozstali się w kłótni i wielkim gniewie, a teraz w jego dłoniach spoczywa koperta z jego imieniem. Harry...


Maple Street 4; Londyn; W nocy
     Zegar wiszący na ścianie wybił godzinę pierwszą w nocy. Jego uciążliwe tykanie uniemożliwiało Joy sen. Chciała położyć się i zasnąć, obudzić się o czwartej, wyjąć bezszelestnie walizkę spod łóżka i wyjść. Z tego samego powodu nie spał Harry. Ułożył się na sąsiedniej poduszce w nadziei, że przez całą noc nie zmruży oka i będzie mógł zobaczyć, czy Joyce wychodzi. Bardziej jednak się bał. Bał się, że ucieknie do tej Irlandii i nie wróci. Zostawi go samego w tym domu, gdzie mieszkali razem, ze wszystkimi wspomnieniami, przedmiotami, które ich otaczały. W głowie wciąż krążyły mu różne zdania wypisane w czarnym zeszycie ukrytym teraz pod granatowym swetrem. Czy naprawdę jest tak złym chłopakiem za jakiego ma go Joy? Czy jest jeszcze jakiś ratunek? 
     Z rozmyślań wyrwał go szum pościeli. Zacisnął powieki udając sen. Joyce usiadła na brzegu łóżka. Schowała twarz w dłoniach przecierając zmęczone oczy. Harry spoglądał na nią zza kołdry. Jakaś niewidzialna siła ciągnęła go do tej drobnej dziewczyny. Takiej delikatnej i bezbronnej. Zaraz jednak przypomniał sobie co o nim napisała. Dziewczyna wstała i ledwo trzymając się na nogach podążyła do łazienki. Styles zmorzył czujność. Po chwili z pomieszczenia obok rozległ się potężny huk i dźwięk tłuczonego szkła. Za nimi pociągnął się sznur przytłumionych przekleństw. Chłopak czym prędzej wygramolił się z łóżka i pobiegł do łazienki. Zastał tam Joy stojącą przy umywalce z zakrwawioną dłonią. Wokół porozrzucane były odłamki szkła, sądząc po wyglądzie, kolorze i zapachu - flakoników po perfumach. Bez słowa przedostał się przez przeszkody do zapłakanej dziewczyny, wziął ją na ręce i wyniósł z łazienki. Poczuł, jej dotyk na sobie. Zdrową ręką przytrzymywała się jego ramienia, a  głowę wtuliła w zagłębienie jego szyi. Nadal płakała. Zaniósł ją do kuchni, posadził na blacie i zaczął przeszukiwać szafki w poszukiwaniu apteczki.
- Druga od okna. - dobiegł go cichy głosik. Sprawdził wyznaczone miejsce, gdzie faktycznie znalazł pudełko z bandażami. Wrócił do dziewczyny, która obserwowała go badawczym wzrokiem. Zajął się nią najlepiej, jak umiał. Chciał zrobić to porządnie, aby nie miała powodów, aby na niego narzekać.
- Wiem, miałem naprawić tą półkę. - powiedział majstrując coś z nożyczkami. - Kupię nową. - zapewnił odcinając kawałek plastra.
- To moja wina. - szepnęła odgarniając mu włosy z czoła. Chłopak podniósł głowę. Dostrzegł iskierki tańczące w jej oczach. Czyżby była szczęśliwa? Wpatrywała się w niego, jak mała dziewczynka. Uwielbiał, gdy to robiła. Czuł wtedy, że musi się nią opiekować, że kocha ją tak bardzo, że oddałby wszystko, aby była szczęśliwa. 
     Nie odrywając od niej wzroku odłożył wszystko co miał w rękach i przybliżył się do niej. Znajdowali się tak blisko siebie... Zrobił jeszcze jeden krok w jej stronę. Zatrzymały go jej nogi. Dotknął jej kolan i delikatnie je rozchylił. Nie stawiała sprzeciwu. Nawet teraz był od niej wyższy. Nachylił się nad nią. Dziewczyna pogłaskała go po policzku. Potraktował to jak zachętę i wpił się w jej usta. Obydwoje od dawna o tym marzyli... Tę magiczną chwilę przerwał im Lambi. Kocina przydreptała do nich myśląc, że dostanie coś do jedzenia. Uratował ich, a może na zawsze pogrzebał wszelkie szanse?


Hotel Babilon; Dublin; Rankiem
  
     Niall spał. Wrócił z pracy w nocy, zmęczenie nie pozwoliło mu na przebranie się, czy prysznic, więc padł na łóżko w ubraniu i tak ostał już do rana. I pewnie spał by dalej, a swoim chrapaniem doprowadzał do szału całe piętro, gdyby ktoś nie zaczął walić w drzwi...
- Co jest do cholery. - zajęczał podnosząc głowę z poduszki. Zamrugał kilka razy, słońce przedostające się przez żaluzje raziło go w oczy. Wstał ociągając się i odbijając się od ścian i mebli dotarł do drzwi. Przekręcił klucz i otworzył zniecierpliwionemu gościowi. 
- Ileż można? - spytała się zirytowana brunetka stojąca przed nim. Miała naburmuszoną minę, na ramieniu wisiał jej granatowy plecak, w ręce ściskała futerał z gitarą.
- Ana? Miałaś przyjść w sobotę. - powiedział zdezorientowany chłopak. Czyżby przez zmęczenie pomieszały mu się dni tygodnia?
- Dzisiaj jest sobota. - odparła i weszła do środka. Nialla zamknął drzwi i drapiąc się po głowie poszedł za nią.
- A nie czasem piątek? - spytał. Chwycił do ręki telefon leżący na komodzie, aby sprawdzić datę. 13 Listopad 2019 Piątek - widniało na wyświetlaczu. Przetarł oczy, aby sprawdzić, czy nie ma przewidzeń, ale tam wciąż widniała ta sama informacja. - Dlaczego kłamiesz? - dziewczyna nie odpowiedziała. Rzuciła swoje rzeczy na łóżko, a potem sama opadła na nie ciężko. Spuściła głowę, palce zacisnęła na krańcu szarej bluzy. - Dlaczego kłamiesz? - powtórzył. - I dlaczego nie jesteś w szkole?
- Śmieją się ze mnie. - odpowiedziała cicho. Chłopak westchnął. Zbyt wielkim uczuciem ją darzył, aby się na nią gniewać. Usiadł obok niej i objął ramieniem. Anna przyległa policzkiem do jego piersi i pociągnęła nosem. - Nie pasuję tam. Nie jestem idealna. To dlatego... - powiedziała łamiącym się głosem.
- Co ty wygadujesz. - ścisnął ją mocniej. - Dla kogoś jesteś idealna.
- Dla kogo? - podniosła głowę. Niall nie powiedział nic. Wstała szybko, złapała plecak i już chciała sięgnąć po gitarę, gdy ktoś chwycił ją za nadgarstki. Ktoś, czyli Horan.
- Dla mnie idiotko. - uśmiechnął się szeroko, zabierając jej pakunki i kładąc je na podłogę. Ana nadal stała, jak oszołomiona. - Jesteś wyluzowana, śliczna, mądra, urocza. - wymieniał. - Zachowujesz się, jak dziecko, tańczysz, dużo jesz... Jesteś idealna. 
     Wiecie, jak to się skończyło? Burzą. Zamiast deszczu, padały ubrania, a grzmoty zastępowały i ch krzyki i jęki...

piątek, 21 września 2012

Rozdział 6

Dwa tygodnie później

Hotel Babilon*; Dublin
    - Li, mówię Ci. To najpiękniejsza dziewczyna jaką kiedykolwiek widziałem! W dodatku zabawna, mądra... Ideał po prostu. - westchnął Niall. Zrzucił z fotela kopiec ubrań i wyciągnął się wygodnie na siedzisku.
- Dobrze, dobrze. - rzucił pośpiesznie Liam. Od dziesięciu minut słuchał absurdalnych wywodów przyjaciela i ręka trzymająca przy uchu telefon zaczynała mu drętwieć. - Powiedź lepiej, czy znalazłeś pracę, gdzie mieszkasz? - dopytywał się.
- Ano mieszkam w hotelu. - stwierdził, po czym szybko dodał. - Ale to przejściowo, nie martw się. Pracę też sobie znalazłem. W poniedziałek wyprowadzam psy, we wtorek i środę roznoszę ulotki, w środy kawę w jednym biurowcu, we czwartki i piątki pizze, a weekendy pomagam w firmie transportowej. W międzyczasie uczę Ane grać na gitarze. - wymienił. Uśmiechnął się, gdy jej imię wypłynęło z jego ust łaskocząc w podniebienie. Przyjaciel po drugiej stronie słuchawki nie był jednak zachwycony z tego co usłyszał od blondyna. Pokręcił głową z dezaprobatą, jak miał w zwyczaju wiedząc, że Niall tego nie zobaczy i podrapał się w głowę.
- A przypomnisz mi ile lat ma Ana?
- 16. - odparł trochę ciszej.

Maple Street 4; Londyn

     Widok małej walizki położonej na łóżku bardzo zdziwił Harry'ego. Chciał bliżej spojrzeć co się w niej znajduje, bo że należy do Joy odgadł po parzę brązowych butów rzuconych obok. Zbliżył się do bagażu. Już dostrzegał tam kilka poskładanych bluzek i parę kremowych spodni. Jeszcze kilka kroków - otwarta kosmetyczna, a obok paszport. Chłopak zawahał się na chwile na dźwięk kroków gdzieś nieopodal. Rozejrzał się nerwowo po pokoju w poszukiwaniu bezpiecznej kryjówki. Wybrał róg za błękitną, grubą zasłoną. Ukryty obserwował, jak Joyce schyla się po coś pod łóżko. Wyciąga spod niego czarne, kartonowe pudełko. Wyjmuje z niego stary zeszyt i wciska go pomiędzy stertę odzieży. Rozgląda się jeszcze za czymś. Telefon. Znalazła pod pudełkiem, chowa go do kieszeni i wychodzi z pokoju. Po chwili słychać trzask frontowych drzwi. Harry szybko wyskakuje z kryjówki. Długo nie zmieniane zasłony zdążyły pokryć się warstwą kurzu, który drażnił go w nos. Kichnął kilka razy, a następnie dopadł czarnego pudełka. Stare albumy, luźno wrzucone zdjęcia i pamiątki z ich wspólnych podróży. Przypomniał sobie o zeszycie. Ostrożnie podniósł granatowy sweter i wyciągnął czarny brulion. Usiadł na ziemi oparty o łóżko i począł czytać zawartość zeszytu.
     Traktujesz mnie, jak eksponat w muzeum. Zamknięta w gablocie za szklaną szybą, odgrodzona od całego świata. Od ciebie, bo ty jesteś moim całym światem...
Od pierwszego do ostatniego. Przeczytał wszystko...

St. Patrick Park**; Londyn
     
     Joy przemierzała kolejne parkowe alejki. Pod butami trzaskała opadnięte gałązki i mokre od jesiennego deszczu liście. Wokół unosiło się wilgotne powietrze, które tak lubiła. Często wychodziła na spacery, aby nawdychać się tego narkotyku. Twierdziła, że był to ostatni oddech świeżości przed spotkaniem z rzeczywistością. Dzisiaj jednak cel był inny. Za rozłożystą wierzbą skręciła w prawo. Minęła ustawiony obok pomnik Świętego Partyka i znalazła się na rozstaju, gdzie czekała na nią Eleanor. Dziewczęta spotkały się wzrokiem. Jedna przepełniona smutkiem i wdzięcznością, druga współczuciem i strachem. Tylko która była która?
- Trzymaj. - powiedziała Joyce i podała Eleanor kopertę. Ta wrzuciła ją do torebki.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się niepewnie. W jej oczach zabłysły kryształowe łzy. - Masz ochotę na kawę. - spytała półgłosem.
- Nie, dzięki. Spieszę się na samolot.
- Samolot?
- Długa historia.
El przytaknęła ruchem głowy. Stały jeszcze chwilę nic nie mówiąc wpatrzone w czubki własnych butów, po czym rozeszły się w swoje strony.

Bagno 84***; Bellariva, Rimini; Włochy

     Perrie minęła porozstawiane w równych rzędach niebieskie leżaki. Szła boso po białych płytkach ułożonych na gorącym piasku. Wiatr rozwiewał na wszystkie strony jej włosy, a słońce niemiłosiernie raziło w oczy. Ona jednak niezwierzając na nieprzyjemne warunki i gapiących się nań ludzi szła przed siebie. Od dawna kołysał ją szum morskiej wody, a pojedyncze fale wyłaniały się zza błękitnych parasolów. Dotarła do końca ścieżki. Tutaj piasek był mokry, a gdzie nie gdzie morze wyrzuciło na brzeg granatowe i białe muszelki. Widok, jak na zdjęciach, których po internecie krążą tysiące. Śliczna blondynka stojąca w morzu w zwiewnej kremowo brązowej sukience. Tylko, że okoliczności są zupełne inne.
- Tu jesteś. - usłyszała za sobą znajomy głos. Spuściła głowę nie odwracając się. Śledził ją? Wpatrywała się w swoje stopy pieszczone zimnymi falami i rozsuwającym się pod ich wpływem piaskiem. - Martwiłem się o ciebie. - prychnęła. - Wyjdziesz, czy mam po ciebie iść? Per, słyszysz mnie. - pojedyncze krople dotarły do jej skóry. Przeszedł ją dreszcz, a potem chwycił dziewczynę za nadgarstek i wyprowadził na brzeg. Nie stawiała się. Wiedziała, że nie ma to najmniejszego sensu. Po wszystkim tym co wydarzyło się tu przez ostatnie dwa tygodnie. Kłótnie, awantury, ucieczki, rękoczyny, g... Dała się poprowadzić za nim przez całą plażę, aż wyszli na deptak.
- Chciałam ostatni raz zobaczyć morze, wejść do wody... - zaczęła marzyć oparta o barierkę, gdy on podpalał papierosa. Uśmiechała się pod nosem, bo zza niebieskich parasolów wyłaniały się jeszcze fale. Chłopak stanął obok niej.
- Perrie? - spytał. Odwróciła głowę w jego stronę, a kłęby dymu otuliły jej twarz. Nienawidziła, gdy tak robił. Jednym sprawnym ruchem wyrwała mu papierosa z ręki i cisnęła przed siebie.
- Co zrobiłaś?! - krzyknął wściekły. Na dłoniach pojawiły się wszystkie żyły, zauważyła to. Była gotowa, na kolejną kłótnie, cios...
- Uderzysz mnie przy ludziach? - w jej głosie dało się wyraźnie wyczuć ironię tej wypowiedzi. Rzuciła mu zadowolone spojrzenie i odeszła. Szkoda tylko, że Zayn nie mógł zobaczyć, jaki ból jej sprawia. Jak boli ją każde jego słowo, jak płacze idąc do hotelu...

Maple Street 4; Londyn

     Dam jej te pieniądze. Potrzebuje ich bardziej ode mnie. Od nas... Bo wiesz, w końcu oni kiedyś byli naszymi przyjaciółmi, prawda? A co jeśli to my mielibyśmy problemy? Byłbyś w stanie spojrzeć Louis'owi w oczy? Po tym wszystkim co mu powiedziałeś? Jak wyszedłeś trzaskając drzwiami i paląc za sobą wszystkie mosty? Eleanor przepłynęła rzekę wpław, aby mu pomóc. To było dla niej bardzo trudne, dlatego jej pomagam. Z resztą ta wasza kłótnia chyba mnie nie dotyczy, tak?
     Harry zamknął zeszyt po ostatnim wpisie i schował go z powrotem między jej ubrania. Stanął przed lustrem i wpatrywał się w swoje odbicie. Zostawiła walizkę na widoku, nie chciała się z tym ukryć... Ale miał wrócić dopiero wieczorem. Nie zauważyła porozrzucanych w przedpokoju butów i jego kurtki? Leci do Katherine?

* Nie wiem, czy taki istnieje
** Nie wiem, czy taki istnieje
*** Plaża numer 84

niedziela, 16 września 2012

Rozdział 5

Maple Street 4; Londyn

     Harry leżał na łóżku wpatrzony w sufit rozmyślając nad słowami terapeuty. Co miało znaczyć, że powinien małymi krokami okazywać Joy więcej uczucia? Co takiego ona nagadała temu facetowi, że kazał mu odbudować łączące ich uczucie? Dzisiejsze zdarzenie było dla niego potwornie dziwne i nie potrafił pozbierać się po słowach terapeuty.
- To kogo widziałeś wczoraj, że wróciłeś taki zdenerwowany? - spytała Joyce odrywając go od przykrych myśli. Spojrzał na jej sylwetkę znikającą za zasłoną, potem obserwował, jak zawraca do łazienka, a następnie zatrzymuje się oparła o ramę białych drzwi.
- Liam'a. - odparł szorstko nie odrywając od niej wzroku. Dziewczyna spuściła głowę. Czarne włosy opadły jej bezwładnie na oczy zasłaniając mu widok.
- Sam jego widok tak cię wkurzył? - wydobyło się zza zaciśniętych zębów Joy. Chłopak podniósł się na łokciach. Zaintrygowało go jej pytanie. Sam w ogóle się nad tym nie zastanawiał. Co takiego mógł zrobić mu Liam? Wstał z łóżka strachając stertę ubrań usytuowaną na jego brzegu i podszedł do skrytej za kruczoczarną zasłonką Joyce. Chwycił ją za ramiona. Otworzył usta chcąc coś powiedzieć, ale stać go było tylko na głuchy jęk.
- To jest trudne. - wyjąkał.
- Wiem...

Dublin Airport; Dublin

     Niska brunetka schyliła się po czapkę, którą strąciła komuś z głowy. W tym samym momencie uczynił to właściciel niniejszego nakrycia głowy. Chcąc ją podnieść zetknął się na kilka sekund swoimi palcami z dłonią dziewczyny. Podnieśli się obydwoje.
- Przepraszam. - powiedziała, a kąciki jej ust nieznacznie się podniosły chcąc ukryć zażenowanie. Chłopak w tym czasie założył czapkę z powrotem na głowę.
- Nic się nie stało. - uśmiechnął się życzliwie i wyciągnął doń dłoń. - Niall jestem. - brunetka uścisnęła ją odpowiadając.
- Anna.

Pocket Street 6; Londyn; Następnego dnia

     - Prosiłam, abyś skosił trawę. - rzuciła Eleanor na powitanie. Louis usadowiony wygodnie na fotelu z pilotem w ręce zignorował jej wyrzuty. - Lou! Mówię do ciebie! - krzyknęła donośnie. Chłopak spojrzał na nią znudzony.
- Kochanie, zatrudnijmy ogrodnika. - odpowiedział łagodnie przeskakując na kolejny kanał.
- No, nie! Bo nas na to nie stać! - krzyknęła. Rzuciła w jego stronę plikiem kartek. - Myślisz, że jestem głupia? Jak długo chciałeś ukrywać, że masz długi? Poszłam do banku i dostałam do ręki to. - wskazała na oddany przed momentem stos papierów teraz trzymany przez Louis'a. - Same wezwania do spłaty i rachunki. Wiesz, że windykator wybiera się do ciebie z wizytą?!
- Teraz i do ciebie. - chłopak wstał patrząc na nią z góry. Był zupełnie niewzruszony na jej ściekły wyraz twarzy, czerwone policzki i zmarszczony nos. - Jesteśmy małżeństwem, prawda? - przygryzł wargę.
- Doprawdy? - zaśmiała ironicznie. Na dźwięk wypowiadanych przez Lou słów zupełnie straciła do niego siły. Dwa zdania, a ranią jak najostrzejsze noże wbite prosto w serce. - A wiesz, że teraz można rozwieść się już na pierwszej rozprawie? - chwyciła torebkę i trzaskając drzwiami opuściła ich wspólny dom.

Cukiernia ,,Le Fiore''; Londyn

     To była ona. Te same długie brązowe fale. Identyczne oczy, teraz tylko czerwone i podkrążone. Usta, nos, podbródek... Nawet coś tak banalnego, jak przedziałek na środku głowy składało się na jej rysopis. To ona. Ta sama Eleanor Calder. Joy stała, jak zaklęta. Nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze ją spotka.
- Proszę. - wręczyła jej grubą kopertę. - Miałam dać ci to już dawno, ale nigdy nie zdobyłam się na odwagę, aby tu przyjść... - El spuściła głowę. Joyce natychmiast otworzyła paczkę i wyciągnęła z niej plik zdjęć. Zdjęć z wesela państwa Tomlinsonów. Spojrzała na brunetkę z niedowierzaniem. Po policzku Eleanor spłynęła łza zostawiając po sobie czarny ślad.
- El, nie płacz... - szepnęła Joy bojąc się, że ktoś ich usłyszy. Tak na prawdę nie było się czego obawiać, bo w lokalu panował taki gwar, że słychać go było nawet w małej kanciapie na zapleczu, w której się właśnie znajdowały.
- To trudne... - westchnęła Eleanor ocierając hebanowy makijaż z twarzy. Dla Joy, sytuacja wydawała się być znajoma. Już ktoś jej to powiedział. Odpowiedziała tylko "Wiem" i mocno przytuliła dziewczynę.

Trudno wymazać z pamięci kogoś takiego, jak Eleanor. Po tym wszystkim co dla mnie zrobiła. Chociaż gdyby nie ona, nadal żylibyśmy w nieświadomości zastanawiając się z jakiego powodu nie możemy być... Udawalibyśmy, że nic się nie stało, a nasze problemy nie istnieją. Ale tak nie jest. Obydwoje dużo o sobie wiemy, być może za dużo, ale czy nie oto tu chodzi?
To co stało się wczoraj wieczorem... Było miło. Tak, całkiem przyjemnie było czuć cię tak blisko mnie. Gdy nasze oddechy mieszają się i oddychamy nawzajem swoim powietrzem. Gdy mogę bez ryzyka wybudzenie cię ze snu zaciągnąć się twoim zapachem. A jak ty się czułeś?
Ps. Pamiętasz, jak zjadłeś cały biszkopt na tort dla Alex'a i do czwartej w nocy pomagałeś mi potem ubiec nowy? Pamiętasz kto to Alex?


wtorek, 11 września 2012

Rozdział 4

Underhill Road 162; Londyn

     - Myślisz, że Niall da sobie sam radę? - spytała zmartwiona Danielle odkładając książkę na stoliczek. Liam również przerwał lekturę.
- Jestem tego w stu procentach pewien. - odpowiedział spokojnie.
- Obyś miał rację. Dobry z niego chłopak. - pokiwała przecząco głową.

Londyn City Airport
   
     Przez gmach lotniska rozległ się głos kobiety informującej o odlotach samolotów. Ludzie niezwierzający na innych przeciskali się przez tłumy, aby zdążyć na odprawę. Inni stali w kolejkach po bilety, jedni witali się z przybyłymi po podróży, drudzy żegnali życząc szczęśliwego lotu. Kolejni siedzieli na porozstawianych ławkach i po prostu spokojnie czekali. Tak samo, jak blondyn ściskający w dłoni podniszczony paszport. Obracał dokument, otwierał, zmykał. Stres wypełniał go całego, od podeszwy zielonych butów po brąz odrosty na czubku głowy. Spojrzał na wyświetlacz telefonu. Już czas... Podniósł się z siedziska, chwycił swoją czarną torbę i ruszył ku odpowiedniej bramce.
- Lot: Londyn - Dublin; terminal 6... - poniosło się wśród gwaru. Chłopak przyśpieszył...

Hotel Star, Bellariva, Rimini, Włochy

    Perrie siedziała na białym, metalowym krześle z nogami wsuniętymi pod brodę i obserwowała, jak klatka piersiowa, Zayn'a, rytmicznie unosi się opada. Pozwoli oczom zakręcić kilka piruetów na wyrzeźbionych mięśniach brzucha i uciec w górę - na twarz chłopaka. Kilkudniowy zarost, lekko rozchylone usta, nos, przymknięte oczy, brwi, nieruchome czoło i opadające nań czarne włosy. Dziewczyna pokręciła przecząco głową i wykrzywiła się w grymasie.
- Brzydzę się tobą. - warknęła. Brunet uchylił ostrożnie oczy. Perrie rzuciła się z krzesła i wyszła na balkon zasłonięty śnieżnobiałą zasłonką. Oparła się o kutą barierkę, a wzrok skupiła na oddalonych falach Adriatyku. Wzięła głęboki oddech. Nocny przypływ przyniósł ze sobą świeżą bryzę. Zapach uderzał w nozdrza dając im przyjemne ukojenie po kilku godzinach spędzonych w dusznym pokoju. Kątem oka spostrzegła paczkę papierosów leżącą na kafelkach, ale czy to było wyjście z tej tragicznej sytuacji? Momentalnie znalazła się na podłodze i drżącą ręką wyciągała papierosa z opakowania. Przyjrzała się mu bardzo uważnie ze wszystkich stron. Przyłożyła do nosa i zaciągnęła się jego zapachem. Przymknęła oczy, a gdy je otworzyła - papieros znajdował się już w ustach Zayn'a, który siedział obok niej oparty plecami o ścianę.
- To nie jest zabawa dla grzecznych dziewczynek. - rzucił sucho, po czym z jego ust wydobyły się kłęby szarego dymu. Wzniósł głowę ku niebu, doszukując się na nim pierzastych obrazów.
- Skąd ta pewność, że ja jestem grzeczną dziewczynką, co? - odparła mu opryskliwie i wyciągnęła rękę do paczki leżącej obok, lecz i ona znalazła się szybko w posiadaniu chłopaka.
- Znam cię. - powiedział obojętny na wściekły wyraz jej twarzy.
- Szkoda, że ja nie znam ciebie. - wstała i odeszła. Zayn zaciągnął się jeszcze raz, zgasił papierosa o kafelki i wyrzucił peta za siebie. Przetarł zaspane oczy, spuścił głowę i zaśmiał się pod nosem.
- Dobry żart...

Maple Street 4; Londyn
     Joy minęła samochód Harry'ego stojący na podjeździe i wspięła się po kamiennych schodkach na werandę. Nawet nie zauważyła, że Styles wyglądał jej przez okno. Chłopak stał tam już prawie pół godziny niecierpliwie czekając, aż jej postać wyłoni się zza rozłożystego bzu sąsiadów. Widząc, jak mija jego auto podbiegł pod drzwi wejściowe. Joyce przekręciła klucz w zamku i niczego się nie spodziewając, pociągnęła za mosiężną klamkę. Jej oczom ukazał się Harry wpatrujący się w nią, jak w obrazek.
- Co się stało? - spytała zawstydzona. Jego wzrok sprawiał, że traciła pewność siebie i całkowicie poddawała się działaniu jego tęczówek.
- Dzisiaj pojedziemy razem do tego psychologa. - poinformował ją przejęty. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna uczęszcza na terapię, ale nigdy nie jechał tam z nią. Uważał, że sama da sobie radę, mylił się. Zdziwienie odebrało Joy mowę. - Jeśli uzależniona jest jedna osoba, cierpią obie.
- To nie jest uzależnienie. - wydusiła dziewczyna. W jednym momencie odnalazła w sobie szczyptę odwagi, aby sprzeciwić się Harry'emu.
- A co? - prychnął rozbawiony.
- Depresja. - odpowiedziała patrząc na niego spod byka.
     Muszę ci naprawdę przeszkadzać, skoro wybrałeś się ze mną do psychologa. To... To miło z twojej strony. Wiesz, gdy mi o tym powiedziałeś nie mogłam uwierzyć, a potem... Wszystko, cały nastrój - przepadł wraz ze słowem ''uzależnienie''. To boli, cholernie boli. Mamy tendencje do niszczenia uroku tworzącego się wokół nas. I to my przeszkadzamy sobie nawzajem w osiągnięciu pełni szczęścia. Może powinniśmy się... Nie, nie! Przywiązanie? Tylko to przychodzi mi do głowy, reszta to kompletna pustka...
     Pamiętasz nasz pierwszy pocałunek? Szkoda, że ja nie, ale pamiętam każdy kolejny wraz z tym. A to wcale nie było dawno temu, pracowałam już w ''Le Fiore''. Gdzie ten cały czar i magia? Zgasła, jak latarnia o świcie, bo każde z nas wypowiedziało o kilka słów za dużo...
 

Pocket Street 6; Londyn

      Mino, iż Louis i Eleanor mieszkali ze sobą przeszło dwa lata, Eleanor jeszcze nigdy nie wchodziła do sekretnego pokoju Lou. Nie był to żaden sekret, bo każdy o nim wiedział, ale nikt oprócz Louis'a tam nie wszedł. Chłopak przesiadywał tam każdą wolną chwilę, a jeśli już wychodził to tylko z telefonem przy sobie. Eleanor nie miała nic przeciwko, w końcu każdy z nas ma takie miejsce, w którym czuje się bezpiecznie. Tego też dnia, Lou zaszył się w swoim azylu, lecz szwankujące drzwi nie domknęły się, więc wszystko co się tam działo ujrzało światło dzienne. Tak też się złożyło, że El przechodziła właśnie obok, gdy przypadkowo usłyszała przerażony głos męża:
- J-ja nie mam... Potrzebuję czasu. - na dźwięk tych słów przywarła do ściany cicho, jak myszka i podsłuchiwała dalej. - Proszę cię. Daj mi kilka dni, a dostaniesz wszystko. - tu nastąpiła pauza, a po kilku sekundach rozległ się odgłos upadającego telefonu.
     Tajemniczy rozmówca Tomlinsona nie dawał dziewczynie spokoju. Cały dzień gorączkowo krążyła po mieszkaniu próbując domyślić się kto to był i czego chciał od Louis'a. Dlaczego jej nie powiedział? Przecież pomogłaby mu, nawet jeśli zrobiłby największe świństwo lub wpadł w niezłe bagno. Kochała go i byłaby w stanie wybaczyć mu wszystko... Gdyby tylko pisnął chociaż jedno słówko.


niedziela, 2 września 2012

Rozdział 3

Pocket Street 15; Londyn
     Drzwi trzasnęły, torba upadła na podłogę, płaszcz zawisł na haczyku, a buty poleciały gdzieś w kąt. Czapka maltretująca włosy znalazła sobie miejsce, gdzieś obok kozaków.
- Eleanor?! - do przedpokoju wbiegł Louis. Wyglądał, jak kłębek nerwów. Włosy stały mu dęba, pomięte, widocznie za duże ubrania wisiały na nim, jak na kiju od szczotki, w ręce kurczowo ściskał telefon.
- Stchórzyłam. - rzuciła szybko, a pod nogami chłopaka wylądowała gruba koperta. Odprowadził żonę wzrokiem, aż znikła za drzwiami sypialni i podniósł paczkę z ziemi. Przetarł ją ręką, wyprostował zagięte rogi i schował do tylnej kieszeni.
     Eleanor stanęła po środku pokoju tępo wpatrując się w swoje stopy. Tak bardzo chciała dać, Joy, te przeklęte zdjęcia, ale gdy tylko przekroczyła próg cukierni i zobaczyła ją z wielkim tortem na rękach, obróciła się na pięcie i czym prędzej uciekła.
- Louis, ja cię bardzo przepraszam. - powiedziała tylko, gdy usłyszała za sobą kroki zbliżającego się chłopaka. Ten przystał na chwilkę, jakby ktoś nakrył go na wyjadaniu ciasteczek ze słoika w kuchni.
- Nie masz mnie za co przepraszać. - dotknął delikatnie jej ramienia. - To jest tylko i wyłącznie twój wymysł. Ja mogę ci tylko pomóc i zawieść tam jutro. - dziewczyna skinęła głową, wyminęła go i wróciła do przedpokoju po torebkę. Louis w tym czasie zaszył się w malutkim pokoiku na piętrze nadal wyczekując na ważny telefon.

Underhill Road 162; Londyn; 

     - Coś się tak na nim uwiesiła? - spytał Danielle Niall przechodzący przez salon do kuchni. Dziewczyna spojrzała wymownie na Liama, który trzymał ją właśnie w uścisku. Ten westchnął zrezygnowany.
- Pogadaj z nim. - szepnęła ukochanemu na ucho. - Rozumiem, że to przyjaciel rodziny, ale jego obecność w naszym domu wkrótce może źle odbić się na nas.
- Dlaczego, ja ma mam z nim pogadać? - oburzył się. Natychmiast skulił głowę, bo wiedział, że odezwał się za głośno.
- Bo to twój kumpel. - ucięła dyskusję dziewczyna, wyrwała się z jego objęć i powędrowała do pokoju ich synka.
- Najpierw był przyjacielem rodziny, a teraz moim kumplem. - mruknął Liam sam do siebie i skierował się do kuchnie, z której dobiegało głośne stukanie naczyniami.
     Po rozpadzie zespołu, każdy członek otrzymał należną mu sumę pieniędzy, która miała mu wystarczyć na rozpoczęcie nowego życia. Beztroska tak uczepiła się do Niall'a, że zupełnie stracił zdrowy rozsądek i roztrwonił cały swój majątek. Gdyby Liam i Danielle nie przygarnęliby go do siebie, pewnie skończył by w jakiejś norze, na ulicy lub w swoim rodzinny domu, gdzie stałby się obiektem drwin i wiecznych plotek. Dzięki przyjacielowi, udało mu się wyjść na prostą, uregulować długi i znaleźć pracę.
     - Liam... - zaczął niepewnie blondyn widząc, że kumpel jest w nie najlepszym humorze. - Dzięki, że wczoraj wziąłeś na siebie winę za bałagan w salonie... - było mu głupio. Bał się, że w jakiś sposób zawiódł Liam'a i za wszelką cenę chciał wynagrodzić mu wszelkie zmartwienia jakie mu przysporzył.
- To nic. - odparł mu chłopak. Odetchnął w duchu, że nie musi zaczynać rozmowy, lecz w głowie wciąż bił się z własnymi myślami. Nie wiedział kompletnie, co ma zrobić? Być dobrym mężem i wyrzucić Niall'a za drzwi, czy przyjacielem i wspierać go w najgorszych chwilach.
- Ja... - zaczęli jednocześnie patrząc sobie w oczy. Zaśmiali się oboje. Przez następne pół minuty sprzeczali się, kto ma zacząć mówić pierwszy, aż w końcu doszli do porozumienia.
- Liam, podjąłem pewną decyzję. - chłopaka bardzo zaciekawi to co Horan miał mu do powiedzenia. Wyciągnął z szafki czystą szklankę, nalał sobie wody i zaczął ją powoli pić. - Wracam do Irlandii. - zawartość naczynia natychmiast znalazła się na podłodze, a Payne oparł się o blat próbując zaczerpnąć świeżego powietrza. - Wynajmę jakieś mieszkanie w Dublinie, znajdę pracę i będę sobie spokojnie żyć.
- Słyszałeś naszą rozmowę, tak? - spytał Liam wycierając podłogę. Znając Danielle wściekła by się na niego, dlatego wolał nie robić już sobie więcej kłopotów.
- Może... - pisnął blondyn. - Chcę wam podziękować za wszystko co dla mnie zrobiliście. - podniósł przyjaciela za ramiona z podłogi, po czym mocno się w niego wtuli. - Nie wiem co by teraz ze mną było, gdyby nie wy. - nadal ściskając go za barki dodał szybko. - Idę się spakować, bo za dwie godziny mam lot. - i wyszedł, a tak właściwie wybiegł z kuchni. Liam przysiadł na krześle. Wciąż nie mógł pojąć tego co przed momentem usłyszał. Niall, przeprowadza się? I to z własnej nie przymuszonej woli? Przetarł palcami zmęczone oczy.
- Sprawa załatwiona...

Maple Street; Londyn

     - Nie zgadniesz kogo dzisiaj rano widziałem! - krzyknął wściekle Harry trzaskając za sobą drzwiami. Cisnął butami na wycieraczkę, kurtkę odrzucił na podłogę i ciężkimi krokami podążył do salonu. Jego głos i wyraz twarzy złagodniał, gdy zobaczył, że Joy siedzi na kanapie z niemowlęciem na rękach. - Czyje to dziecko? - spytał zdziwiony.
- Candy. - opowiedziała obojętnie Joyce ilustrując chłopaka wzrokiem. W tedy, jak na zawołanie z łazienki wyszła Candy. Uśmiechnęła się złośliwie i poprawiła spódnicę.
- Witam, panie Styles. - wyciągnęła do niego rękę. Robiła to w taki sposób, jakby właśnie oznajmiła mu, że jego kot zdechł, ale może go sobie zatrzymać.
    Nie jest tajemnicą, że ta dwójka nigdy za sobą nie przepadała. Kiedyś, gdy Candy często bywała w ich domu, darli koty o najdrobniejsze głupoty. Dla Joy było to męczące, bo musiała wysłuchiwać ich wrzasków, a potem znosić humory Styles'a ponieważ: ,, Nic nie mówiłaś, że ten bachor znów do nas przyjdzie''. Dlaczego, więc teraz miało być inaczej.
- Zmieniłaś się. - zauważył chłopak widocznie nie zadowolony z widoku blondynki.
- Ty również. Ciekawe, czy na lepsze. - przeszła obok niego z dumnie podniesioną głową. Usiadła obok Joy i poprawiła bucik na stópce malutkiej Penelope. Ta zaczęła wesoło wierzgać nóżkami i śmiać się, jak bobasy z reklamy mleka w proszku.
- To ja... To ja idę. - poinformował zmieszany zaistniałą sytuacją Harry i pognał na górę. Nie spodziewał się, że zobaczy jeszcze kiedyś Candy, a że będzie miała dziecko nigdy nie przeszło mu przez myśl. Zasiadł przed komputerem próbując zająć się czymś innym, niż szmery dochodzące z salonu.
- Tak, więc na czym skończyłyśmy, Joyce?
- Wylot, o której?
     Widzisz? Nawet Candy, która, widziała cię po raz pierwszy na oczy od roku - zauważyła, że jesteś inny. W prawdzie ona też się zmieniła...
   Wszystko toczy się zbyt szybko! Najpierw zjawia się ona, potem pokazuje mi nasze stare zdjęcia i mówi, że... Że Katherine żyje. Tak! Ta sama Katherine, w którą wjechał tir. Nierealne, prawda? Sfałszowała swoją śmierć, urządziła fikcyjny pogrzeb... Jak myślisz, dlaczego trumna była cały czas zamknięta? Zmasakrowane ciało, czy raczej jego brak? Dlatego niosło ją tylko czterech facetów, a w dodatku takie chucherka, że wiatry mógł by ich połamać. A teraz żyje sobie beztrosko w Dublinie, a ja i Candy lecimy ją odzyskać...
     Lubię to zdjęcie. Gdy na nie patrzę, mogę sobie wyobrażać, jakie piękne nigdy nie będzie nasze życie.